Klub Miłośników Motocykli Zabytkowych - Rotor Olsztyn

XVI zlot – 1992 r.

Przygoda bez historii

Prawdziwość znanego porzekadła,,punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia” jeszcze raz została udowodniona. Dla kibiców olsztyńskiego rajdu motocykli zabytkowych impreza była po prostu dobra i najzwyklejsza wśród innych. Natomiast z siodełka zabytkowego motocykla rajd wyglądał widać inaczej, bowiem zawodnicy dali mu najwyższą ocenę.

Właściwie do dziś nie bardzo wiadomo, dlaczego kto żyw uruchamia swą kilkudziesięcioletnią maszynę i jak co roku, gna do Olsztyna, by spędzić tam trzy dni na rywalizacji z podobnymi mu fanami zabytkowych jednośladów. Jeśli trudności finansowe pozwalają na uczestniczenie w jednej zaledwie imprezie w roku, każdy wybierze… wiadomo, Olsztyn. Tak jest od paru lat i sądzę, że nadal tak pozostanie. Imprezy organizowane przez klub Rotor Olsztyn” nie mają, bowiem konkurencji. Dobrze zorganizowanych rajdów odbywa się w Polsce, co roku kilka, żaden nie ma jednak takiej, atmosfery, a tej za pieniądze sponsorów kupić nie można.

Cóż innego niż specyficzny klimat może sprawić, że siedemnastoletni chłopak rywalizuje z pięćdziesięcioletnim mężczyzną i w dodatku obaj znajdują bez trudu wspólny język? Na imprezę przyjeżdżają zresztą całe rodziny, bywa, że syn konkuruje z ojcem, a mąż z żoną. Jedni przywożą swe maszyny na przyczepkach ciągnionych za autem całkiem przyzwoitej marki, inni walczą z kilku-setkilometrową trasą jadąc na swym motocyklu, któremu dawno upłynęły lata, w jakich zazwyczaj zdaje się maturę. Kto czym przyjeżdża to zresztą całkiem osobny temat. Grzegorz, Polikowski na przykład dotarł nad mazurskie jeziora czymś, co nazwałbym największym ze znanych mi kabrioletów. To cudo mierzy kilkanaście metrów długości, ponad dwa wysokości i w dodatku… pływa. Ten krokodyl (amfibia to po łacinie płaz, a że przypomina krokodyla nie trzeba chyba udowadniać) spala 50 litrów benzyny na “setkę”, ale przybyła nim dziesięcioosobowa ekipa z Gdańska, w dodatku z motocyklem na pokładzie. Prawie czterdziestoletni już zabytek miał być wypróbowany na pobliskim jeziorze. Będzie pływał czy zatonie? Kilku śmiałków weszło na pokład, zrobiłem na wszelki wypadek serię zdjęć pożegnalnych i… nie zatonął. W wodzie prezentował się zresztą znacznie zgrabniej, jak to ze stworzeniami ziemno-wodnymi bywa. Tak, jak wielu producentów samochodów wybiera salon w Paryżu na miejsce premier swoich nowych modeli, tak wielu fanów jednośladowych zabytków czeka z prezentacją na olsztyński rajd. Na przykład Marek Paul znalazł tu pretekst, by porzucić swą czerwoną Tatrę dla błękitnego Bianchi z 1938 roku. Ten piękny włoski motocykl postaram się bliżej przedstawić w najbliższym czasie.

Wśród siedemdziesięciu motocykli najliczniejszą grupę stanowiły Sokoły 1000. Te ciężkie maszyny są coraz bardziej cenione wśród kolekcjonerów i osiągają na rynku ceny przewyższające nawet sumę, jaką trzeba zapłacić za legendarnego Harleya Davidsona. Rośnie też jakość odrestaurowania motocykli – niejeden z kibiców wybałuszył oczy z podziwu widząc “tysiączkę” Andrzeja Godlewskiego. Znikają już z rajdów..pasztety” – tak w kolekcjonerskim slangu określa się zabytek nie dość. że kiepsko odbudowany, to jeszcze często,,upiększony” przedziwnymi dodatkami. “Panie, czy to Mińsk?” usłyszał kiedyś Mirek Reszko właściciel Royala Enfielda WD/CO, “Nie, Siedlce” odpowiedział z kamienną twarzą . “Znawcy” nie chcieli uwierzyć, że motocykl ma prawie pół wieku. Nie wiadomo, czemu pojazd, zabytkowy wielu nadal kojarzy się z nieco zardzewiałym, hałaśliwym i dymiącym sprzętem, tymczasem prawdziwy kolekcjoner w pocie czoła doprowadza go do stanu, w jakim opuścił fabrykę.

Przywrócenie motocyklowi, pełnej sprawności technicznej jest zresztą koniecznością. Pojazd ciągnący ostatkiem sił nie sprostałby próbom czekającym go na rajdzie. W tym roku trasa liczyła, co prawda tylko kilkadziesiąt, kilometrów, ale w jej skład wchodziła m.in. terenowa próba prędkości, prowadząca wijącą się piaszczystą drogą pod górę. Paru zawodników musiało wykazać się także dobrym refleksem i szybkością, bowiem podczas jazdy łąkami pogoniły ich… byki. Wszyscy zachwycali się pięknem warmińskiej ziemi, którego może z dróg międzynarodowych nie widać, natomiast wyjechawszy w plener trudno się nie rozmarzyć. Mówię o tym z własnego punktu widzenia, bowiem zdaję sobie sprawę, że twardość siodełka i nieresorowane tylne koło marzeniom nie sprzyja. Wystarczy wpaść w większą dziurę i czar pryska… Zawodnicy są jednak twardzi i niewygoda ich nie wzrusza.

Zastanawiam się jednak, jak niektórzy poradzą sobie w domu Ryszard Brodziak i Erwin Gorczyca (na Sokołach 1000) pokonani zostali przez własne żony w generalnej klasyfikacji i sam słyszałem, jak naradzały się, czy przekazać mężom obowiązek zmywania garów. Tomasz Jusyn (Dollar1930r.) nie będzie miał takich kłopotów wygrawszy kolejny rajd w tym sezonie. Jemu żona mogłaby, zarzucić co najwyżej “znów przywiozłeś puchar i gdzie ja go postawię?

MAREK KAWECKI Fot. autora.

  • Facebook
  • Twitter
  • NK
  • Wykop
  • Gadu-Gadu
  • Blogger
  • MySpace
  • RSS
Komentarze komentarze zamkniete Zobacz także

Dodaj komentarz odnośnie: XVI zlot – 1992 r.

Komentarze zostały wyłączone.

Ta strona wykorzystuje pliki cookies m.in. do celów statystycznych oraz przez Facebook Social Plugins. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, wyłącz obsługę cookies w ustawieniach Twojej przeglądarki.

Zaakceptuj cookies Więcej informacji